Wybrałem się wczoraj w podróż, palcem po mapie, do jednej z tych podwarszawskich miejscowości w których nigdy nie byłem ale o których słyszałem dość sporo od dzieciństwa – umiałem ją nawet już wcześniej zlokalizować na mapie. I to co zobaczyłem na streetview tak mocno mnie zmartwiło że uczuć tak głębokich i wyrazistych a równocześnie tak ciężkich do opisania (bo przecież próbowałem to nawet zrobić wracając znad jeziora) nie pamiętam od długiego czasu. Tak ciężko było mi przestać o tym myśleć, że choćby niemoje wakacje o ktorych wczoraj chcąc-niechcąc sie nasłuchałem, nie ruszyły mnie nawet w 1/1000 tak mocno jak powinny (szczerze mówiąc nie ruszyły mnie w ogóle). I pewnie nie za dobrze zrobiłem, ale myśląc o tym zmartwieniu z takim natężeniem przez tyle czasu, zacząłem układać sobie w głowie możliwe scenariusze rozwoju sytuacji, jak zawsze w takich momentach. I przez jeden z nich już dziś mam bilety za ocean, przez kolejny potrzebuje nowego miejsca parkingowego, a przez następny wymarzone mieszkanie przesuwa się w kierunku wisły lub nawet za nią. Kompletnie coś mi się przestawiło w głowie (nawet w trakcie snów, chociaż ‚coś mi się wydaje że ja Ci sie wcale nie śnie tylko taka bajera haha’) ale bardzo bym nie chciał żeby bliski mi ziomeczek zgrał rolę młodego jumaki z południowej Warszawy z poprzedniego sezonu (notabene bliskiego mi wtedy ziomeczka). Chociaż pewnie to co zatkało mnie wieczorem (‚ciesz się, Bóg Cię kocha’) jego by uradowało lub było co najwyżej obojętne. Przewidziałem już przed półmetkiem że to będzie dobry rok, ale że aż tak zakręcony to sambym nawet nie uwierzył jeszcze niedawno.