W ostatnich tygodniach jedną z milszych rzeczy jakie usłyszałem (przeczytałem) było „Szkoda, że nie ośmieliłam się bardziej pozaczepiać Cię small talkami, ale sam rozumiesz, że Twój fejm totalnie onieśmiela”. Co prawda miałem już podobną sytuację w życiu i skończyła się ona dość nieprzyjemnie (nie dla mnie co prawda), lecz w tym przypadku to nawet wydanego tysiąca dolarów mi nie żal. I to nawet chyba taka moda ostatnio być tym młodszym, nawet jak niebardzo przepadam za ameryką, nie to co gosc bez dolnej szczeki.

A obserwując gwiazdy o czwartej nad ranem (mimo że w domu była dopiero dwudziesta druga) leżąc w basenie na jednej z tych tropikalnych wysp o odwiedzeniu których większość tylko marzy, naszła mnie pocieszająca refleksja – to nie jest tak że to matematyka cokolwiek determinuje w kwestii poziomu zadowolenia z roku, nor the opening party. I mimo że 08-02 != 14-12, to jednak dziś jeszcze przed półmetkiem widzę zadatki na (chcialem napisać ‚jednostkę jak Ludwig Stoma’, ale powtarzanie co kilka lat tego samego tekstu nie jest trendy, nawet jeśli nie wpuszcza nas to w kanał jak Tadziu Norek, albo wylewa słabość na ulicę jak nagość synów Timbuktu) rok jak ta organizacja charytatywna którą wsparliśmy kiedyś z głową (ale nie tą na karku ani tą z Ukrainy). I od dziś starać się będę żeby już każda kolejna iteracja była naprawdę iteracyjna. Tylko pewnie wtedy prędzej czy później fajność wyblaknie jak przestrzelowy ghubowy strejk. Wtedy sie zastanowimy co zrobić.

A tymczasem niemogę się doczekać majowej wycieczki (chociaż to bezczelne pisać coś takiego z leżaka z drugiej strony równika) – od dziecka fascynowałem się tym miejscem bardzo mocno, a na domiar wszystkiego na mojej kubełkowej liście (niemalże jak Jacek Nikolson i wolny murzyn co był już w życiu każdym) od dawien dawna wisi do wykonania misja.