Wracając minutę temu nocą do mieszkania, którego nigdy nie nazwe domem, z biura które będzie moim biurem już niedługo (chociaż mam nadzieję że w długoterminowej perspektywie Biuro będzie nadal moje, coś jak z lekcją religii w 1szej klasie podstawówki gdy wiedziałem że czyjś grób jest pusty tylko nie wiedziałem czy syna czy ojca), spacerując w deszczu jak w jednym z tych filmów Woodiego (dosłownie tym), ubrałem na jape banan jak Gholam-Hossein, a wszystko to dzięki temu ‚skazaniu na milion’ które pokazało mi że nie jedyny spełniam swoje marzenia dokładnie tak jak powinienem i dało mi zapomnieć na chwilę o wszystkim co mnie niecieszy, nawet jeśli ostatnimi czasy to bardziej incydenty niż ten pernamentny burdel gdy starałem się przypomnieć sobie siebie z kiedyś powtarzając jak mantra nienadarmo rapowane „wiesz jak to sie nazywa? po prostu…” kolegi z osiedla co poszedł swoją drogą już jakiś czas temu. Jestem szczęśliwy i spełniony, i nie mam żadnego powodu udawać że jest inaczej. Oczywiście, też tęsknię i oczywistym jest że też się boję, nie mogę jednak zrzucić tego na comiesięczną niestabilność emocjonalną więc uśmiecham się, patrzę w gwiazdy („bo widzę miliony świateł jak idę spać„) i idę przed siebię. Panta rhei – i tak za mali i za mięccy jesteśmy jednostkowo żeby zmienić cały świat więc nie mam zamiaru się tym przejmować i zmieniam go tyle ile potrzebuję żeby, wciąż, być szczęśliwym jak chuj.

//I niewiem kto tym kurwom stawiał wordpressa w którym nie można napisać dużego „ł”. Proszę, blog.pl, uczcie się: „Ł”.