arse blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2011

..

Brak komentarzy

‚Po prostu przez to wszystko coś się we mnie wypaliło’

..

Brak komentarzy

Nie wytrzymam. Tak w chuj mi ciężko że to az abstrakcyjne, i nic ostatnio nie ma sensu. Przepraszam, ale muszę. Mam nadzieje ze nie bedziesz sie złościć jak mnie zobaczysz.

————–


Dziś mój ostatni dzień tutaj. Nie zaczął się kolorowo.
Miałem być powietrzem – nie wchodzić w drogę, nie pytać, nie wymagać i nie męczyć. Ale nie mogę. Jest szósta rano.
„Wszystko w porządku? Nie dałaś znaku życia od północy. Martwię się.”
Nienawidzę tego w sobie. Tych momentów kiedy zachowuję się jak własna matka. Przynajmniej teraz ją rozumiem. Wiem że to uczucie silniejsze od rozsądku, jak bardzo silny by nie był.
Minuta. Druga. Trzecia. Nic. Wyślę jeszcze raz, tym razem z raportem. Sending… Received! Czyli doszło. Żyje. Albo przynajmniej Jej telefon. Wszystko powinno być w porządku. Przewracam się na drugi bok. Nie wiem po co – i tak nie zasnę.
Ping! Wiadomość! Czyli żyje. Wszystkie czarne myśli przerzedziły się i w ciągu jednego krótkiego ‚Ping!’ stały się tak nierzeczywiste że aż trudno to opisać.
„Wszystko OK, co chwila gubię tu zasięg. Dam znać jak wyjdziemy. Śpij!”
Śpij. Śpij. Przykro mi, nie jestem w stanie. Przez całą noc nie zmrużyłem oka nawet na minutę.
Ale przecież wszystko jest w porządku. Przecież napisała. Wczoraj o tej porze była już w domu, więc zaraz pewnie będzie wracać. Mogę spać spokojnie.
Zamykam oczy, chowam łeb pod prześcieradło (sorry, ale kołdra to na pewno nie jest). Nie wiem ile czasu minęło. Dziesięć minut? Dwadzieścia? Nie dam rady. Nie usnę. Komputer. E-mail, Facebook, Twitter. Nic nowego. Nic ciekawego. Chociaż w takich chwilach ciężko mi wyobrazić sobie co mogło by być ciekawe. ‚Nie myśl o tym – da znać jak wróci’. Co złego może się stać w trakcie głupiego powrotu z klubu? Przecież nikt nic Jej nie zrobi. System shutdown i wracam do spania. ‚Spania’.
A jednak – leżąc sam na sam z paranoicznymi myślami, wymieszanymi na domiar złego z historiami dni poprzednich („bo najpierw się naćpałyśmy i tryskałyśmy miłością do każdego, dosłownie kochałyśmy cały świat, a potem jak mnie zostawiliście to jakiś facet chciał mnie wciągnąć do samochodu i jeździł dookoła mnie jak opętany”) nie jestem w stanie nawet zamknąć oczu. Dość. Nie mogę się w tym kisić bo pierdolną mi zarówno serce jak i mózg. Wychodzę.
Nie będę już palić. Poniekąd symbolicznie, poniekąd ideologicznie. Wyrzucam paczkę.
Biegnę. Przez ostatni tydzień biegałem niemalże codziennie, więc i tak chciałem to zrobić i tu. Tak sobie tłumacze – zawsze łatwiej usprawiedliwiać swoje chore zachowania dbaniem o zdrowie niż o psychikę.
Ulice są puste, wiec nie mam się za bardzo nad czym zastanawiać. Biegnę przed siebie.
Morze. Gdzieś tu jest jakaś ładna plaża. Sprawdzę to. Mimo że chuj mnie ona obchodzi. Rzut okiem na telefon – może już wróciła. W końcu obiecała że da znać jak będzie wracać. Nawet jeśli dziś śpi u siebie, to nie zasnę zanim jej nie zobaczę. ’06:22′ mówi telefon. I nic więcej. Ruszam.
„To gdzieś z drugiej strony tego cypla tam”, mówiłem wczoraj, chociaż wcale nie byłem tego taki pewien. Zgrabnie ułożona, kamienna ścieżka (taka jakie zawsze kojarzyły mi się z Tunezją) towarzyszy mi na każdym kroku. Co chwilę, nie zatrzymując się, patrzę na telefon. Może napisała i nie usłyszałem? Albo dzwoniła bo coś się dzieje i potrzebuje pomocy?
Upał robi swoje (mimo że nadal jest bardzo wcześnie). Dotarłem. Nie ma żadnej plaży, oszukali mnie. Albo sam się oszukałem. Przystanę chwilę odpocząć. A skoro już odpoczywam to rzucę okiem na telefon. Może już wraca?
Nic.
Świńskim truchtem, niemal niezauważalnie przebierając noga za nogą, biegnę w przeciwnym kierunku. Tam jeszcze nie byłem.
Dużo ludzi wpadło dziś na ten sam pomysł – momentami na kamiennej ścieżce trzeba się przedzierać siłą.
Powoli teren zaczyna wyglądać znajomo. Plaża przed Jej hotelem. Byłem tu wczoraj. Widzę wszystko wyraźnie, mimo że oczy mam pełne potu. Lubię to uczucie gdy spływa po policzkach jak łzy. To taki męski płacz z bezradności.
Jest Jej balkon. Nie wiem po co w ogóle zwracam na niego uwagę, przecież napisze jak wróci. Ale przecież jest zamknięty. Nie mówiła przypadkiem że zawsze zostawiają otwarty? A może już wróciła i napisała tylko nie zauważyłem? Zwalniam na chwilę. Niestety, ’07:39′ to wszystko co telefon ma mi do powiedzenia. Nie ulegajmy paranoi, nic nie mówiła o balkonie. Wszystko jest w twojej głowie Michał.
Zaraz za hotelem można przelecieć się za motorówką. Fajnie, nawet wczoraj o tym wspominałem. „40E for two persons, 25 minutes’. „Polecę z nią jak wróci, wyśpi się, i wyjdzie na plaże” – pomyślałem. I wtedy jak zwykle nawiedziło mnie to gówniane uczucie. „Możesz sobie robić plany jakie chcesz, ale i tak wszystko zależy od Niej, jedno skinienie palca i nie ma Cie w Jej życiu” – tak mi zawsze podpowiada. „Raz już dałeś dupy”, dodaje zawsze potem. Teraz już wiem że łatwo jest zapomnieć co jest najważniejsze w życiu. I dlatego robię wszystko żeby nigdy tego nie powtórzyć. Jest najważniejsza.
Rzut okiem na telefon. Głucho.
Port. Koniec trasy. Nie ma gdzie biec dalej. Ulicą nie będę – pewnie jest gdzieś w tej okolicy i zaraz będzie wracać. Pomyśli że jestem pierdolnięty albo że poszedłem ją kontrolować bo jej nie ufam. Jakie mam szanse że uwierzy mi w opowieść o tym że biegam żeby się nie martwić? Z resztą – zaraz będzie wracać więc pewnie już napisała.
Nie, nadal nic.
Wracam na ścieżkę. Nawet nie zauważyłem kiedy z kamiennej stała się drewnianą. I mijam znów, w myśl zasady ‚first-in first-out’, port, budkę ‚motorówkowego’ i hotel. ‚Sprawdzę godzinę’ mówię do siebie, jakby usprawiedliwiając to że tak na prawdę liczę na jakąkolwiek wiadomość. ’07:48′. To wszystko.
A może je śniadanie? W końcu zaczyna się o 7. I zawsze wraca na nie prosto z miasta (oprócz tego dnia wczoraj kiedy przyszła bezpośrednio do mnie – a ja ze szczęścia prawie dostałem zawału).
Krótki i dyskretny rekonesans na stołówce. Niestety, nic. Patrzę tylko w zamknięty balkon, samemu nie wiedząc na co liczę.
Nieopodal jest sklep – byłem tam z Nią wczoraj. Kupowałem wodę. Umieram z pragnienia. Woda, redbull, gatorade, powerade, whatever. Łapie pierwsze lepsze coś i wracam na plaże.
Prześwietlam wzrokiem każdy mijający mnie samochód jakbym na prawdę był psychiczny. Może była tak zmęczona że wzięła taksówkę. Upewniam się czy mimo to nie napisała (mimo że robiłem to 6 kroków wcześniej). Pusto. I znów, basen, balkon, plaża, ścieżka.
Ścieżka.
Ścieżka jak po nitce prowadzi mnie wzdłuż morza, a potem drogi, do samej głównej ulicy. Rozglądam się, w jedną, drugą stronę. Już prawie ósma, na pewno będzie zaraz wracać. I napisze mi wtedy żebym przyszedł, i chociaż powiedział ‚cześć’. A ja spytam jak się bawiła, a Ona powie że bardzo dobrze, jak zwykle. Bo w końcu jak można się źle bawić w miejscach takich jak to. Wbrew pozorom cieszy mnie to – sam nie byłem nigdy zbytnio dobrym kompanem do zabawy (mimo to Ją paradoksalnie poznałem w klubie). Jednak dla Niej chcę jak najlepiej. A uśmiech na Jej twarzy pokazuje że jest tu szczęśliwa. Więc czemu ja nie miałbym być?
Chociaż wczoraj widziałem coś dziwnego. Coś co delikatnie mnie przestraszyło, mimo że do końca nie wiem co to było. „Czy coś się stało?” „Nieeee”, odpowiedziała paląc spokojnie papierosa na balkonie, a mi wydawało się że to nie prawda, i że jednak coś się stało. Chociaż to pewnie wyobraźnia (w tym stadium zwana już paranoją), ta sama która przyśniła sobie zawsze otwarty balkon. I mimo późniejszych słów jej koleżanki nie myślę o tym więcej.
Przespaceruję się jeszcze trochę – nie mogę taki nagrzany po biegu od razu wejść do domu. Skoro już nie biegnę to potrzymam telefon w ręku – na pewno poczuję jak napisze. Chyba że Ją spotkam. Ale co wtedy powiem? Pomyśli że jestem psychopatą. Wracam.
Matko, jak tu zimno. Powinienem wyłączyć klime. Zimno mnie zabije. Kładę telefon na stole (nadal milczy) i otwieram balkon. Niech trochę powietrza wleci zanim zamarznę. Wykonując milion czynności ‚pobieganiowych’ każdą z nich przerywam wielokrotnie żeby chociaż rzucić okiem na telefon. Dlaczego miałaby nie napisać. Przecież zaraz będzie wracać. Na pewno wszystko jest w porządku. Nic jej się nie stało. Wszystko jest w porządku. Tak sobie powtarzam. I mimo że odchodzę od zmysłów – nie będę kolejny raz pisał – miałem być powietrzem, nie wchodzić w drogę, nie pytać, nie wymagać i nie męczyć.
I w końcu.
„Jestem już w domu, wszystko ok, do jutra”.
Aha.
Chyba jednak dziś nie zasnę.

—–


Boję się wyjazdów. Zawsze mi się wydaje że dłuższy wyjazd wszystko zmienia, i nigdy po już nie jest jak wcześniej…


  • RSS